PO i PiS zgłosiły swoje propozycje zmian w ustawie zasadniczej. Kłopot w tym, że często są one rozbieżne: PiS chce wzmocnienia władzy prezydenta, a PO stawia na parlament. Żadna z partii nie ma większości niezbędnej do przeforsowania swojego projektu. Zapowiada się więc wielomiesięczna debata, dla której tłem będą wybory – najpierw prezydenckie i samorządowe, potem być może parlamentarne
Do przeprowadzenia zmian w konstytucji nie wystarczy zwykła większość, tj. minimum 231 głosów poselskich. Niezbędne byłoby co najmniej 307 głosów. Takiej zgodności nie da się osiągnąć bez szerokiego porozumienia między różnymi siłami politycznymi. Obowiązująca Konstytucja RP uchwalona została w roku 1997, właśnie w efekcie porozumienia ponadpartyjnego. Umocniła obowiązujący w Polsce system parlamentarno-gabinetowy, w którym władza ustawodawcza należy do parlamentu, władza wykonawcza – do rządu, a prezydent reprezentuje państwo, mając przy tym prawo weta i prawo łaski, funkcję naczelnego zwierzchnika sił zbrojnych i przywilej nadawania orderów i tytułów, np. profesorskich czy sędziowskich, a także stopni generalskich. Ten, w założeniu dość czytelny, podział kompetencji w praktyce okazał się niejednoznaczny. W okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego wielokrotnie dochodziło do sporów między prezydentem a premierem o to, kto ma reprezentować Polskę na różnego rodzaju spotkaniach na szczeblu międzynarodowym. Pamiętamy np. spór o to, kto ma jechać na szczyt gospodarczy w Davos, albo całkiem niedawne utarczki o to, kto powinien reprezentować Polskę podczas rocznicowych uroczystości w Katyniu. Nie jest to ani największy problem naszego kraju, ani najważniejszy powód forsowania zmian w Konstytucji, ale okazał się on kroplą przepełniającą kielich. Drugą było zawetowanie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego proponowanej przez rząd PO reformy służby zdrowia. Właśnie o zakres prezydenckiego prawa weta kłócą się teraz parlamentarzyści z PO i PiS. – Chcemy osłabić weto prezydenta tak, aby można je było odrzucić zwykłą większością głosów, czyli 231 głosami, a nie większością kwalifikowaną, czyli 273 głosami – mówi kaliski senator Mariusz S. Witczak z PO. – Wiadomo z góry, że jeśli ktoś ma zwykłą większość w parlamencie i większość ta wystarczyłaby do odrzucenia prezydenckiego weta, to tak działoby się za każdym razem. Wyższy próg powoduje konieczność dogadywania się z opozycją i sprawia, że odrzucenie weta nie jest już takie łatwe. Jesteśmy gotowi do rozmów, ale próg musi być wyższy niż wynosi zwykła większość – ripostuje ostrowski poseł PiS Andrzej Dera. – Nie było żadnych problemów z wetem, dopóki nie pojawił się Lech Kaczyński. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, po co w ogóle istnieje parlamentarna większość. Partia A wygrywa wybory, bo zaufała jej większość wyborców. Ci wyborcy chcą, aby stworzyła ona rząd i realizowała swój program. Tymczasem okazuje się, że rząd jest kompletnie uziemiony, bo prezydent z przeciwnej opcji zaczyna wszystko wetować. Możemy uchwalić cały pakiet ustaw, a żadna nie wejdzie w życie, bo nie spodobają się prezydentowi. Nie chcę, aby prezydent był trzecią izbą parlamentu. Dwie w zupełności wystarczą – podkreśla M.S. Witczak. (kord)
Więcej w Zyciu Kalisza